Yacek

Oto i jest.

Absolutnie fantastyczny, napisany z bogatą w humor refleksją, błyskotliwy monolog Yacka o przygodach w Austrii Włoszech!

 

A wygląda on mniej więcej tak:

 

 

Pełna i czytelna wersja:

 

W poniedziałek o 11 rano dostałem telefon od szefa-profesora-koordynatora naukowego. Rozmowa to było miej więcej coś takiego:
“Dzwonili Włosi, trzeba robić robotę. Jutro.”
“O której mam być gotowy?”
“Na 16.”
“A, to luz, to jesze skończę robotę w Kampinosie”
Tak koło 13 – godzina powrotu do Stolycy – mogę się pakować…
… a potem, urwał nać, 18 godzin w samochodzie.
Trasa była do wyboru:
 a) przez Szkopland und Austia
b) uwzględniająca Knedlićkowy Kraj
 
Zdecydowaliśmy się jednak najechać ziemie germańskie. Tego samego dnia przeprowadziliśmy rekonesans na obu obiektach badawczych i wspólnie stwierdziliśmy żę “tutaj to chuja, a nie robotę da się zrobić!”
Znaczy Luca to po swojemu zamakaronił jakieś tam ‘wafankule’ i inne takie tam [:
 
No podobno słowa obelżywe
Ja tam nie wiem.
 
Na nasze nieszczęście południowy Tyrol to ściema, pic na wodę i fotomontaż. Znaczy żadne Włochy, tylko Austria pełna gębą. A że Austria, to i germańce, a jak germańce, to oni już wiedzą, żę coś się święci jak ktoś rzuca radosne ‘kurwa mać’ [:
No nic, zjazd na lokal i jakieś żarcie.
Niestety Sterzing (lub jak woli włoski okupant – Vipiteno) daleko za nami.
A w Bruneck (Bruniko – j.w.) wszytko w chuj pozamykane; sjesta, kurwa mać.
Na szcęscie trafił się lokal prowadzony przez potomka sułtanów – ten miał wywalone na Włoskie fanaberie i robił jak należało.
Niestety poleciało stereotypem – tylko pizza. W zasadzie pizza und kebab, ale tego byśmy juz nie zdzierżyli.
Dobra była: z jajkiem i mięskiem, lokalny rarytas – Speck. No nic – nażarliśmy się jak trzy świnie i na chatę, trzeba sprzęt przygotować.
 
Kurwa, trasy lotów planowaliśy do pierwszej w nocy, a ładowarka udająca startującego F-16 prze cały czas umilała nam życie.
Sukces – padamy na ryj i do wyra (na szczęście nie było fakapu i każdy do swojego).
Pobudka – circa 8 rano. W zasadzie nie pobudka, a reanimacja trzech zwłok. Wyłazimy, pakujemy się i długa na Rio Mareta!
 
oho! Austriacy już są. Wróć, Włosi.
Tylko gadają jakoś tak głupio. Po Austriacku.
No ale luz, Luca ogarnął ich po włosku, ja z kumplem po angielsku. Rzucona od czasu do czasu kurwa tłumaczyłą się sama.
No ogólnie to niefajnie, bo chmury, i potwierdziły się przypuszcenia z dnia poprzedniego – będzie wujnia.
No nic to – rozkładamy (się), kumpel idzie rozkładać osnowę geodezyjną. Wraca po pół godziny i coś mu spodnie kolor zmieniły.
No jak nic zlał sie w spodnie z wrażenia, jak tu pięknie.
 
A nie, sprawa się wyjaśniła – wylewa wodę z kalosza numer jeden.
Chwila zastanowienia, czy woda ma 1 czy 3 stopnie celsjusza, i wylewa wodę z drugiego kalosza.
Ogień, nie pierwszy to i nie ostatni raz. Ja tam ma farta bo mam latać, a nie się kąpać.
 
Luca, jako jedyny “ENIAC recognized pilot”, bierze zapasowe radio w garść i puszczamy ptaszka, by zażył alpejskiego powietrza.
 
NIC KURWA NIE DZIAŁA
 
Luz, dzień jak codzień.
Drugie podejście. Realizujemy zaplanowane ścieżki i wracamy na chatę.
Kumpel w międzyczasie jeszcze raz wylewał wodę z kaloszy; tym razem w odwrotnej kolejności.
 
Generalnie Włosi, Austriacy, Belgowie, Francuzi i kilku Niemców na wakacjach.
Ale jeden trafił się twardziel – facet od pomiarów batymetrycznych. Wszsycy w pięknych neoprenowych gaciach wchodzili do rzeki.
A jeden kolo – robiący pomiary prędkości przepływu wody – na luzaka sobie stał w zwykłych butach. Pół godziny, tak na oko.
Wylazł, spodnie zmienił, skarpety i buty zmienił; wziął się za kanapki. Szacuneczek.
Znaczy nie ja, tylko kumpel od dwóch kąpieli. Ja to w ogóle zaczłąem bić pokłony!
 
Łotewer – wracamy na chata. Trzeba jeść.
 
Atakujemy lokalne atrakcje Brune… Brunico.
W końcu od stu lat trwa tu okupacja włoska, to by się w końcu Austriacy przyzwyczaili i przestawili na włoski, a nie sobie w radio podśpiewują “I’m an Austrian”…
no nic to, obczajamy co sieda zjeść w Brunico
jest!
 
Wkraczamy i pada do nas grzeczne pytanie po niemiecku co byśmy zjedli.
 
 
Trzy zbaraniałe spojrzenia.
 
Poprawka – kelner leci po włosku. Luca się relaksuje, bo są już tylko dwa zbaraniałe spojrzenia.
 
Sadzamy odmrożone tyłki i studiujemy karty.
 
Damyt, nic po polsku. O angielskim nie wspominamy. Jako-tako dekodujemy “wurst”, ale nie jesteśmy usatysfakcjonowani (znaczy Pollaco – ja i kumpel).
Luca nam dekoduje i objaśnia meandry karty. I tak nie wiemy co jest co, zatem bierzemy najtańsze.
No, dobre było. Najadłem się, to sobie herbatą poprawię. Jestem już drugi dzień bez kubka herbaty to i zaczęły się pojawiać ciężkie symptomy odstawienia teiny u mnie.
Maciej znowu ratuje się kofeiną. Niestety jęczy, że niedobre było. Widać za mało się wymroził że jeszcze wybrzydza.
 
Wracamy na bazę, bo nigdzie ani widu ani słychu zapowiadanych Włoszek…
 
Przygotowanie sprzętu i zabezpieczenie danych przed nami.
Dane:
Z kamery hiperspektralnej dużo szumu, za słąbe oświetlenie.
Z kamery RGB – rozmyte – nie sprawdziłem czy się pierścień nie obrócił w czasie transportu (a nastawiałem wcześniej). No i kicha.
Z kamery termalnej – niestabilne odczyty z powodu warunków pogodowych. Znaczy dane średnio użyteczne.
 
No to czas odtrtąbić umiarkowany sukces.
Zapytacie: “Ale jak to sukces? Przecież nic nie wyszło!”
I tu się mylicie – wyszło – brak strat w ludziach i sprzęcie.
Znowu mi pikawa przyspieszyła, jakem sobie przypomniał jak miotało dronem w czasie jednego lądowania. Omal się nie rozstatecznił i nie dołaczył do Macieja zażywającego akuratnie kąpieli w górskiej rzece.
Także można iść spać.
 
Tak upłynął dzień pierwszy. Nastał poranek.
Kwa! Mgła taka, że nie bardzo da się zrobić cokolwiek. Patrzymy zrezygnowani na lapejskie szczyty.
Znaczy patrzymy na mgłę, ale w kierunku, gdzie były alpejskie szczyty…
Luca idzie do sklepu po więcej szynki, bułek i sera. Wraca, dziwnie się uśmiecha.
“Guys, there is no fog on the other side – pack up”
No to nici z włoskiego wina i towarzystwa lokalsów, atakujemy drugi obiekt.
 
Godzina dziesiąta, rozbijamy obóz, przybywa Guido (kierownik całej zabawy) i rozstawia swoich ludzi.
Znowu się cieszę, że mam latać, nie włazić do rzeki.
No nic, jest trochę mgiełki, ale przeżyjemy.
Tym razem – o dziwo! – udało się zrobić komplet dla danych hiper/RGB! Do tego jeden lot z termalką.
No, ale pogoda niezła, to wracamy na Maretę. Pakowanie, godzina alpejskimi autostradami, szybkie wypakowanie, jeszcze szybszy strzał.
 
Wybornie! Mamy dobre RGB! Znaczy niedobre, bo cienie, ale w ogóle cokolwiek mamy!
Do zdjęć hiper do dzisiaj boję się zajrzeć.
Trzech chłopa o nieuzasadnionym wysokim poziomie szczęścia pakuje się i bujamy się zjeść w Vipiteno.
No ładne miasto, niebywale zadbane, kameralne, Włoszki i Austriaczki też ładne. Od groma młodych ludzi.
 
Wspaniale.
 
Ale żarcia brak.
 
No to po kubeczku grzanego wina i do Brunico. Padamy plackiem. W zasadzie to plackami – trzema.
W koncu Luca ordynuje – jeść!
Wracamy do lokalu z dnia wczorajszego. Na ulicach zatrzęsienie ludzi. Średnia wieku 20-25 lat. A mieścina malutka.
No nic, przyjemnie jest.
 
W lokalu dzikie tłumy, kelner ostrzega, że za pół godziny kuchnia kończy pracę ale zaprasza do środka i mówi że coś się pewnie zaraz zwolni.
Nie kłamał, zwolnił się stolik, który zajmowaliśmy poprzedniego dnia.
 
No tak – w pracy człowieka dopada rutyna. Nie wiedziałem tylko, że tak szybko.
 
 
Ja znowu celuję w dania z tej samej serii, co dzień wcześniej. Maciej atakuje polędwiczkę. Jest zachwycony.
Ucinam mu kawałek z talerza. Luca też podprowadza kawałek polędwiczki. Też jest zachwycony.
Stwierdzam jednak że w moim garze mało paszy, to zamawiam jeszcze gulasz. Zwłaszcza, że bułek zostało Luce.
Kelner pogodził się, że musi odkurzyć swój angielski. Ale takiej sympatycznej obsługi to ja życzę każdemu i wszędzie.
Wracajac do meritum. Najedzeni; szczęśliwi. Ja tłumię głód teiny dwoma czarnymi herbatami, smakuje wybornie.
Maciej tłumi głód kofeiny dwoma kawami. Generalnie zamawianie czegokolwiek wyglada zabawnie [;
Luca zaś raczy się piwem lokalnym. Generalnie dobre, austriackie tradycje piwne (a zamoczyłem ryja w kuflu – a jak!)
Wieńczymy wieczór grappą. Podczas zamawiania (z resztą na samym początku zamówienia) był wybór pomiędzy “mocną czystą grappą, tą, której nie zapamiętałem, i tą, którą pija się dla smaku”
No to bierzemy “dla smaku”; co będziemy robili z siebie polnische alkoholiken.
Okazuje się jednak że nie było źle, bo podobno tego się nie bierze do posiłku, tylko chla samo.
Zatem wprawdzie budziliśmy zgorszenie, ale zarazem stanowiliśmy ciekawostę z punktu widzenia kultury spożywania mocnego alkoholu.
Sama grappa… cóż… taka śliwowica, tyle że z winogron i mająca skromne 40%.
Idelanie się wgryzła na trawienie.
 
Wyłazimy z lokalu. Idziemy kawałek.
 
Nagle nasz tłumacz-przewodnik-dobrodziej-Włoch-Luca zadaje najważniejsze pytanie całego wyjazdu:
“Guys, where have we parked our car?”
Luz, do rana ogarniemy.
 
 
Ogarnęliśmy na szczęście wcześniej. Wracamy na bazę; dwukrotnie mijamy Carabinieri, a Luca prowadzi bardzo “italian way”.
No ale luz, mundurowym nie spieszyło się wyrabiać limitu mandatów.
Wróciliśmy. Plan jest taki: jak będzie dobra pogoda, to robimy drugi strzał na Marecie w drodze powrotnej. Jeśli nie, to wracamy prosto do Macierzy.
Luca – do Wrocławia – do szacownej małżonki oraz córy.
Ja z Maciejem zaś ponownie przepakujemy sprzęt i tyłki do Golfa i wio do Warszawy.
No nic, to plany ułożone. Spać.
 
Wstajemy, mgła jak diabli. No to zostaje już tylko kupić pamiątki. Czytaj: dobre włoskie wino.
Przepuszczamy po stówie na łeb (z Maciejem) i ruszamy do Ojczyzny.
3/4 drogi pada. Doturlaliśmy się do Wrocławia. Regularnie meldujemy przełożonym, rodzinie, przyjaciołłom i kochankom, że dajemy radę i wracamy.
Godzina trzecia w nocy, Warszawa. Kampus Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie pod budynkiem 33.
Dobijam się jak ten natręt dzwonkiem do drzwi, za trzecim razem pomogło. Szczerzę zęby szczęśliwy – zostawimy sprzęt.
“A panowie mają zezwolenie od dziekana na przebywanie na terenie budynku w godzinach 22-6?”
Ech te żarciki portierów (znaczy, faktycznie trzeba mieć papieren, ale jeszce nigdy nie trafił się jakiś nielitościwy).
Zostawiamy graty, pkaujemy tyłki do golfa i do domu.
 
Kumpel odstawia mnie i sam wraca do Tłuszcza. Godzinę później melduje: “wróciłem”.
Takie to były przygody polskiej misji badawczej w południowym Tyrolu.
 
Dziękuję za uwagę.